Włączyć miejsc dla kobiet

Ciekawość kobiet i ich potrzeba spokojnego popołudnia z gazetą w ręce nie zniknęła. Współcześnie zmieniła tylko swoją formę. Dziś wystarczy włączyć komputer lub odszukać w smartfonie ciekawego artykułu. Masa informacji, cała lista przepisów kulinarnych, plotki z rodzimego i światowego świata gwiazd. Soja dla kobiet. Kiełki soi: Zasadniczo wyróżnia się kiełkowaną soją. Idealnie jest włączyć go do sałatek i spożywać na zimno, oprócz sytości, odświeża. Mleko sojowe: Jest to idealna alternatywa dla produktów mlecznych, stając się w rzeczywistości doskonałą opcją dla osób cierpiących na nietolerancję laktozy. Możemy ... Seks w nietypowych miejscach, przyczynia się do większego emocjonalnego i osłabiają postrzeganie nowych wrażeń. Niektóre pary, konserwatywny w tej sprawie, biorąc pod uwagę to niemoralne i jest przeciwwskazane, ale warto! Niektóre z nich, co najmniej raz, na przykład, na plażach nudiskih seks czy dziewczynka seks na ulicy po dyskotece, bo nie może być wiele przyczyn - banalne ... Wszystko na temat: ozieblosc u kobiet. Czytaj więcej o ozieblosc u kobiet na WP abcZdrowie. Sprzątanie świata to część międzynarodowego ruchu Clean Up the World, który powstał w 1988 roku Australii. W Polsce akcja odbywa się od 1994 roku z inicjatywy Fundacji Nasza Ziemia. Co roku we wrześniu całe rodziny ruszają, aby posprzątać swoje otoczenie Będą to miejsca zarezerwowane tylko i wyłącznie dla kierowców- kobiet w ciąży - wyjaśnia Robert Turlej. Z kolei dziś (8 lutego) na parkingu przed Urzędem Miasta stanie pierwszy taki znak informacyjny z dedykacją dla kobiet ciężarnych. Obecnie Urząd Miasta dysponuje dwoma takimi znakami, które otrzymało bezpłatnie. 10 antygwałtowych rzeczy które powstały specjalnie dla kobiet które pragną wyjątkowej ochrony. Z dalekich krain przybywa fala ludzi która lubuje się w gwałceniu kobiet. Jednak mam dla was rozwiązanie drogie panie. Miasteczko Triberg ma najwyższy wodospad w Niemczech oraz muzeum zegarów z kukułką, które może poszczycić się największym zegarem tego rodzaju na świecie. Miasteczko ma coś jeszcze – dwanaście miejsc parkingowych tylko dla kobiet. Praca: Dla kobiet w Opolu. 137.000+ aktualnych ofert pracy. Pełny etat, praca tymczasowa, niepełny etat. Konkurencyjne wynagrodzenie. Informacja o pracodawcach. Szybko & bezpłatnie. Zacznij nową karierę już teraz! Praca: Kobiet w Miechowie. 133.000+ aktualnych ofert pracy. Pełny etat, praca tymczasowa, niepełny etat. Konkurencyjne wynagrodzenie. Informacja o pracodawcach. Szybko & bezpłatnie. Zacznij nową karierę już teraz!

Co czytają dzieci w szkole? Lektury obowiązkowe na świecie.

2016.12.12 19:13 ben13022 Co czytają dzieci w szkole? Lektury obowiązkowe na świecie.

Umrzemy pod Moskwą
Ciekawsze od tego, co się znalazło na liście lektur, którą program narzuca uczniom starszych klas 11-letniej rosyjskiej szkoły średniej, jest to, czego na niej nie ma.
A nie ma ani jednej lektury, poza zdawkowym wspomnieniem na jednej lekcji o twórczości prowokatora i fantasty Wiktora Pielewina (i to tej najwcześniejszej, z przełomu lat 80. i 90.), która miałaby związek ze współczesną ojczyzną uczniów – liczącą sobie już 25 lat Federacją Rosyjską.
Młodzi Rosjanie nie dowiadują się o istnieniu dokumentującej pogardę reżimu dla człowieka reporterki noblistki Swietłany Aleksijewicz, obdarzonej społecznym słuchem Ludmiły Ulickiej, brawurowego obrazoburcy Władimira Sorokina, prześmiewczego Dmitrija Bykowa, mistrza gorzkiej groteski Wiktora Jerofiejewa, błyskotliwego autora kryminałów z podtekstem Borysa Akunina czy szczerego nacbolszewika Zachara Prilepina, a więc pisarzy, którzy dla świata są dziś twarzami współczesnej literatury rosyjskiej. Wszyscy oni (poza Prilepinem) są zdecydowanymi krytykami Putina i jego porządków.
Jest gorzej niż za cara. Książki Lwa Tołstoja, choć wojował z Cerkwią i zadzierał z samodzierżawiem, na liście szkolnych lektur za życia pisarza były.
Dziś w szkole nie przerabia się niczego, co dotyczyłoby otaczającej dzieci rzeczywistości, mówiłoby o nękających je problemach. Może to jedna z przyczyn tego, że Rosja ma najwyższy w świecie współczynnik samobójstw wśród nieletnich. Najnowszą pozycją literatury zagranicznej jest 53-letni łobuziak „Emil ze Smalandii”.
Praktycznie cały kanon szkolnych lektur – było nie było – wielonarodowej i wielowyznaniowej Federacji Rosyjskiej koncentruje się na „ruskim mirze”, czyli świecie słowiańsko-prawosławnym. Tylko w szóstej klasie uczniowie przerabiają prastary kaukaski epos „Jak Badynoko zwyciężył jednookiego olbrzyma”, odległy o lata świetlne od problemów dzisiejszego muzułmańskiego Kaukazu. Nie trzeba by sięgać do „obcych”, różnorodność ich kraju pokazałby choćby „Hadżi Murat” Lwa Tołstoja – ale jego w szkole nie przerabiają, bo do podsuwanego przez telewizor obrazu dwóch ostatnich wojen czeczeńskich nie pasuje.
Na lekcjach literatury w islamskich Czeczenii i Tatarstanie czy buddyjskiej Kałmucji sporo za to się mówi o tradycjach prawosławnych. Uczniowie szóstej klasy w całym kraju uczą się „koladek”, odpowiedników naszych kolęd, czy przyśpiewek na „maślenicę”, prawosławnych ostatków.
Z drugiej strony listę lektur tworzą dzieła twórców XIX stulecia, kiedy Rosja wydawała jednego po drugim geniuszy, a wśród nich klasyków gorzkiej satyry, co na mocy paradoksu w części rekompensuje brak literatury współczesnej. Bo przecież kpiące z biurokracji, służalczości i arogancji władzy „Rewizor” czy „Martwe dusze” Mikołaja Gogola, „Mądremu biada” Aleksandra Gribojedowa, „Dzieje pewnego miasta” Michaiła Sałtykowa-Szczedrina znakomicie opisują mechanizmy regulujące życie i dzisiejszej Rosji.
Tyle że obok nich prócz Puszkina, „Wojny i pokoju” oraz „Zbrodni i kary” wciąż wraca Michaił Lermontow i jego płomienne „Borodino”, które każdy musi znać na pamięć. Prezydent również. Władimir Putin zimą 2012 roku w czasie wiecu wyborczego na moskiewskim stadionie Łużniki ze łzami w oczach bez zająknięcia recytował: – „Umrzemy pod Moskwą, jak nasi bracia umierali...”.
Do literatury poświęconej rewolucji i epoce ZSRR autorzy programu starali się podejść bezstronnie. Obfitą reprezentację mają faworyci władzy komunistycznej – Władimir Majakowski, Maksim Gorki, Aleksiej Tołstoj – ale uczniowie omawiają też „Przeklęte dni” Iwana Bunina, „Opowiadania kołymskie” Warłama Szałamowa, „Jeden dzień Iwana Denisowicza” Aleksandra Sołżenicyna. W programie był również „Archipelag GUŁag”, ale już go nie ma.
A co z drugą wojną światową? Zwana Wielką Ojczyźnianą, jest w Rosji podstawowym mitem państwowotwórczym. Czyta się o niej przede wszystkim to, co napisali radzieccy klasycy. A więc hartujące patriotyzm „Młodą Gwardię” Aleksandra Fadiejewa, „Opowieść o prawdziwym człowieku” Borysa Polewoja, „Los człowieka” Michaiła Szołochowa. Nauczyciel może włączyć do programu też „literaturę okopową” pisaną, jak to się mówi „z punktu widzenia młodych lejtnantów”, a więc przedstawiającą frontową prawdę znacznie okrutniejszą i mniej patetyczną, ale to nie jest obowiązkowe. A już taka książka jak słynna „Wojna nie ma nic z kobiety” Aleksijewicz wstępu na lekcje nie ma, bo rosyjska szkoła nie wychowuje dla pokoju.
Zupełnie fatalnie jest z literaturą zagraniczną. Oczywiście są William Szekspir, Cervantes, Molier („Chory z urojenia”, bo przecież nie „Świętoszek”), Daniel Defoe, Mark Twain, Arthur Conan Doyle, ale pisarze współcześni kończą na Astrid Lindgren.
Liberalni krytycy literaccy szczególnie ubolewają nad tym, że wśród autorów czytanych przez uczniów nie ma Ericha Marii Remarque’a. Ale o co im chodzi? To oczywiste, że pacyfista w kanonie się nie mieści.
Wacław Radziwinowicz, dziennikarz, reporter, przez wiele lat korespondent „Wyborczej” w Rosji. Rok temu władze cofnęły mu akredytację
Wicehrabia dobry i zły
O włoskich lekturach wiem tyle, ile dowiedziałem się z doświadczenia trzech córek, które uczyły się w Rzymie.
Ta, która chodziła do szkoły podstawowej, miała w lekturach m.in. „Odyseję”, „Iliadę” i „Pinokia”.
Epopeje Homera były elementem kształcenia kultury śródziemnomorskiej, które obejmowało również wiedzę o mitach i oglądanie Forum Romanum. „Pinokia”, historię o drewnianym pajacyku, który wyszedł na ludzi, czyta się na dwóch poziomach: jako lekcję fantazji, zabawy, jaką może być literatura, i jako powiastkę moralną, z której płynie nauka, że za złe uczynki zawsze płaci się słono. Z rozmów z nauczycielami wynikało, że lektura wpadek Pinokia pełni również funkcję terapeutyczną: dzieci dowiadują się, że nie tylko im przytrafia się błądzić. Że niedotrzymanie słowa czy wagary to błędy powszechne, z których w każdej chwili można się wycofać.
Literaturę jako miejsce fantazji i przygody pokazywano córkom na przykładzie Gianniego Rodariego i Itala Calvina. Rodari to włoski Brzechwa, tyle że jeszcze bardziej wszechstronny – autor zabaw językowych, powieści, opowiadań... Lekturą obowiązkową dla małej Julii była powieść „Planeta świątecznych choinek” – o chłopcu, który dostał się do kosmicznego statku i wylądował na planecie, na której Boże Narodzenie trwa cały rok.
Z dorobku Calvina (1923-85), mistrza oświeceniowej ironii, dziewczynki korzystały już w pierwszej klasie gimnazjum w postaci „Wicehrabiego przepołowionego” – opowieści o zakochanym arystokracie, który został przecięty podczas pojedynku i z jego dwóch części zrobiono dwóch ludzi: skrajnie dobrego i skrajnie złego. Z żadnym oczywiście wytrzymać nie sposób.
W liceum córki same wybierały lektury z określonego zestawu. Sąsiadowały w nim: „Stary człowiek i morze” Hemingwaya, „Gracz” Dostojewskiego, „Moby Dick” Melville’a, „Jeden dzień Iwana Denisowicza” Sołżenicyna; z literatury włoskiej: „Rodzina Malavogliów” Giovanniego Vergi (1840-1922), czyli historia rodziny sycylijskich chłopów, przekleństwa dziedzicznej biedy, „Piękne lato” Cesarego Pavesego (1908-50), opowiadanie o inicjacji erotycznej młodej robotnicy zagubionej w środowisku artystów, wybór wierszy Sergia Corazziniego (1886-1907), poety z grupy tzw. zmierzchowców, zapisującego uczucia i wrażenia w melodyjnej i lapidarnej formie. I kryminalno-obyczajowe „Imię róży” Umberta Eco na lekcjach filozofii jako pretekst do rozważań nad średniowieczem, teorią literatury, gatunkami literackimi i problemami ekranizacji.
Cały rok w liceum starsze córki poświęciły na komentowanie, strona po stronie, „Boskiej Komedii” Dantego i „Narzeczonych” Alessandra Mazoniego – książek dla Włochów absolutnie podstawowych, nieodzownych niczym dla nas „Pan Tadeusz”.
„Boska...” – przypominać chyba nie trzeba – to opowieść tercyną o wędrówce przez Piekło, Czyściec i Raj; galeria postaci, uczynków, kar i nagród faszerowana rozmową, wykładem, pouczeniem. „Narzeczeni” – wielka XIX-wieczna powieść historyczna rozgrywająca się w pierwszej połowie XVII wieku, z „przemianami bohatera romantycznego”, z postaciami świętych, łotrów, tchórzy i zwykłych ludzi, z genialnym obrazem epidemii.
Nauka literatury we włoskiej szkole to i lekcja świadomego wyboru. Nie zapomnę, co powiedziała nauczycielka najmłodszej córki w szkole podstawowej: „Przynieście wszyscy jakąś książkę, postawcie na tym regale, potem wybierzcie jakąś inną książkę, przeczytajcie i omówcie, jak chcecie”.
Jarosław Mikołajewski, poeta, pisarz, tłumacz; były dyrektor Instytutu Polskiego w Rzymie
Węgry od morza do morza
Faktem jest, że lista lektur obowiązkowych na Węgrzech pozostaje niesłychanie zachowawcza: mniej więcej od czterdziestu lat figurują na niej te same pozycje” – mówi mi znajomy gimnazjalny nauczyciel węgierskiego.
Na liście dominuje historia literatury: poza ostatnimi latami nauki nie uświadczy się tam żadnych współczesnych pisarzy, autorzy lektur obowiązkowych są z reguły martwi, i to zwykle od dawna – dominują pisarze z XIX i pierwszej połowy XX wieku. Obficie reprezentowany jest poeta narodowy Sándor Petöfi, jeden z najpopularniejszych patronów ulic w kraju. Takimi patronami jest zdecydowana większość autorów z listy (Arany, Jókai, Kosztolányi, Mikszáth, Móricz, Radnóti itd.).
W dużej mierze to klasycy literatury w rozumieniu Szymborskiej: „książki pisane dla dorosłych, które muszą czytać dzieci”. Całe szczęście w pierwszych latach w świat liter wprowadzają niezliczone ludowe bajki, podania, legendy, często opracowane przez znanych pisarzy i poetów.
Książki młodzieżowe to przede wszystkim dwie popularne powieści – pisane ku pokrzepieniu serc „Gwiazdy Egeru” Gézy Gárdonyiego o wojnie z Turkami (z przysięgą: „zamku w ręce pogańskie nie oddam”) oraz „Chłopcy z Placu Broni” Ferenca Molnára. Obie powstały ponad sto lat temu i podobnie jak popularna humoreska Karinthyego „Tanár úr kerem”, która dzieje się w szkole, reprezentują anachroniczny dla młodzieży świat – co nie przeszkodziło im zająć kilka lat temu pierwszych miejsc w konkursie na najpopularniejszą węgierską książkę.
Lista nie jest wolna od kontrowersji. Pojawił się na niej popularny w nacjonalistycznych kręgach pisarz Albert Wass, co skrytykowało Stowarzyszenie Nauczycieli Języka Węgierskiego, określając go jako autora „czytadeł”. Równocześnie uderza brak książek Imre Kertésza, jedynego noblisty, którego nacjonaliści atakują za „niewęgierskość”. Z literatury światowej są m.in. Homer, Sofokles, Molier, Stendhal, Dostojewski, Kafka, Dürrenmatt, Orwell, ale nie ma autorów współczesnych.
Nauczyciele krytykują zwłaszcza przeładowanie kanonu, które w pogoni za „trzeba znać” zabija zrozumienie i przeżycie artystyczne. Jednak plan nauczania jest sztywny i mogą tylko przemycać hity w rodzaju „Harry’ego Pottera”. Stowarzyszenie Nauczycieli Języka Węgierskiego często zwraca uwagę na to, że 20 proc. młodych ludzi nie daje sobie rady z czytaniem ani pisaniem, a badania wskazują, że kompetencje czytelnicze zaczęły spadać w tych rocznikach, w których pojawiała się historia literatury odbierająca ochotę do czytania. Jednak przedstawiciel Ministerstwa Zasobów Ludzkich, które odpowiada między innymi za oświatę, oświadczył, że zmiana listy lektur nie znajduje się w planach rządu.
Jerzy Celichowski, dziennikarz, mieszka na Węgrzech, prowadzi bloga jezwegierski.blox.pl
Biały człowiek odkrywa kolory
Amerykańskie lektury walczą o przetrwanie każdego lata. Ich być albo nie być rozgrywa się w opustoszałych w wakacje podstawówkach, gimnazjach i liceach. Wtedy nauczyciele i bibliotekarze poszczególnych placówek oświatowych zbierają się, żeby zdecydować o kanonie lektur na kolejny rok. Rezultaty tych obrad często diametralnie różnią się między stanami, hrabstwami czy poszczególnymi miejscowościami. Swoje rekomendacje publikują również federalny Departament Edukacji i departamenty stanowe.
Niezależnie od postanowień nie będą to obowiązkowe pozycje do przeczytania, lecz jedynie sugestie. Ostatecznie to nauczyciel tworzy listę, biorąc pod uwagę profil klasy – i przynależność etniczną uczniów. Inne lektury proponowane będą zatem klasie w Georgii, gdzie przeważają Afroamerykanie, a inne w dużej mierze latynoskiej młodzieży w Nowym Meksyku. „Moja podstawówka oferowała głównie książki dotyczące historii i kultury Indian Wielkich Prerii – wspomina Jessica Carew Kraft, która chodziła do podstawówki w wiejskiej części Iowy. – To było interesujące, bo pokazano nam temat z perspektywy innej niż ta białego człowieka. Za to w ogóle nie czytaliśmy o amiszach ani o demokratycznej historii mojego stanu”.
Najmniej problemu dostarcza wybór lektur dla podstawówek. Od lat z upodobaniem czyta się Roalda Dahla, a szczególnie jego bajkowego „Charliego i fabrykę czekolady”, „Most do Terabithii” Katherine Paterson (wzruszającą opowieść o dziecięcej przyjaźni i niespodziewanej śmierci), „Domek na prerii” Laury Ingalls Wilder (wspomnienia z dzieciństwa w XIX-wiecznej Ameryce) czy „Lwa, czarownicę i starą szafę” – fantasy C.S. Lewisa.
Pod koniec XIX wieku, kiedy w Stanach powstawał pierwszy kanon, sytuacja wyglądała zupełnie inaczej. Szkoły dostały spis książek ustalony na poziomie federalnym przez specjalne grono nauczycieli, w większości księży i pastorów, dlatego lektury odzwierciedlały dominujące doktryny i przekonania moralne.
Niezależnie od epoki na liście trzymają się Szekspir i Geoffrey Chaucer oraz ponadczasowi w przekazie „społeczni” klasycy: Mark Twain (którego jednak próbuje się wyrzucić z kanonu za rasizm, bo na kartach „Przygód Hucka Finna” pada np. określenie „czarnuch”), Charles Dickens, William Faulkner czy John Steinbeck. Na początku tego stulecia dołączyły do nich Jane Austen i Virginia Woolf. Generalnie rośnie reprezentacja autorów żyjących i kobiet. W ostatniej dekadzie najbardziej popularni okazali się zaangażowane Afroamerykanki Toni Morrison i Alice Walker oraz Salman Rushdie.
Krytycy, którzy dwie dekady temu narzekali, że uczniowie muszą przedzierać się przez książki pisane archaicznym językiem i nieprzystające do rzeczywistości, dziś załamują ręce nad białymi plamami w wiedzy uczniów – zorientowanych we współczesności, ale bez znajomości klasyki.
No i naturalnie cały czas Amerykanie dyskutują, komu należy się więcej miejsca: ponadczasowym białym mężczyznom z Europy – Platonowi, Camusowi, Dostojewskiemu, Orwellowi – czy twórcom z różnych obszarów kulturowych. Zgodni są co do jednego: w kwestii lektur nie ma i nie będzie zgody.
Magda Gacyk, dziennikarka, autorka książki „Ścigając Steve’a Jobsa. Historie Polaków w Dolinie Krzemowej”; mieszka w Kalifornii
Dobry Niemiec
Klasa Ilki Stricker właśnie omawia „Fausta”. Gimnazjaliści (to odpowiednik polskiego liceum) jak zwykle podchodzą do pomników niemieckiej literatury niechętnie. Narzekają na archaiczny język, zawiłość i to, że dzieło o średniowiecznym alchemiku, który szukając sensu życia, zawiera pakt z diabłem, słabo przystaje do współczesności. Stricker, która w Versmold, miasteczku w Westfalii, uczy niemieckiego i angielskiego, do takich narzekań przywykła. Tłumaczy, że choć Goethe pisał „Fausta” na przełomie XVIII i XIX wieku, to ludzkość przecież się nie zmienia.
Niemiecki nastolatek, nawet jeśli nie znalazłby w dziełach Goethego nic dla siebie, nie ma od nich ucieczki. „Faust” czy „Ifigenia w Taurydzie” znajdują się na liście lektur.
W porównaniu z Polską czyta się o wiele mniej – w podstawówce zwykle jedną lekturę na rok. A w wyborze polityka nie gra roli. Zresztą gdy opowiadam niemieckim nauczycielom o pomysłach wprowadzenia w polskich szkołach wychowania patriotycznego, łapią się za głowy. Niemcy uczą młodzież, jak być dobrym obywatelem. A książki mają ich skłonić do myślenia, a nie do naśladowania bohaterów.
– W podstawówce mamy wolną rękę. Wybieramy to, co podoba się uczniom. Z reguły coś z literatury młodzieżowej – mówi Stricker. Ostatnio przerabiała „Die Welle” (Falę), amerykańską powieść o szkole, w której uczniowie nie potrafią zrozumieć, jak Hitler mógł zapanować nad Niemcami i zacząć Holocaust, więc w jednej z klas w ramach eksperymentu zostaje wprowadzony totalitarny porządek.
Lista lektur pojawia się dopiero w gimnazjum przygotowującym do matury. Czy raczej lista rekomendacji, bo po doświadczeniach z nazizmem postanowiono, że rząd federalny nie ma prawa mieszać się do oświaty, więc programy szkolne i listy lektur układają poszczególne landy.
Czytam wprowadzenie do listy obowiązującej na terenie Badenii-Wirtembergii: „Nauka powinna obejmować oprócz dzieł ważnych ze względu na zachowanie kulturowej pamięci również więcej literatury współczesnej. Dzięki temu uczniowie zdobędą umiejętności potrzebne do udziału we współczesnym życiu kulturalnym”. Stąd obok Schillera i Heinego Hermann Hesse, Bertolt Brecht, „Lektor” Bernharda Schlinka (historia chłopca, który przechodzi inicjację miłosną z byłą strażniczką z obozu śmierci), książki enerdowskiej pisarki Christy Wolf i gorzkie powieści pochodzącej z komunistycznej Rumunii noblistki Herty Müller. Dalej w podstawie pada zachęta, by do książek podchodzić na najróżniejsze sposoby i pozwolić uczniom na samodzielność.
Jaki klucz zwykle przyjmują nauczyciele? – Rozmawiamy choćby o tym, jak bohater zachowałby się we współczesności – mówi Stricker.
Bartosz T. Wieliński, dziennikarz, reporter, były korespondent „Wyborczej” w Berlinie
Biblia, fikcja literacka
Z francuskich szkół zniknęli Joanna d’Arc, Cezar, kardynał Richelieu i Wolter. Przez ostatni rok 18-osobowa najwyższa komisja programowa (Conseil supérieur des programmes) debatowała, czego powinni się uczyć młodzi Francuzi. Szukano kompromisu między tradycjonalistami, którzy chcieliby więcej „treści narodowych”, i liberałami domagającymi się więcej historii światowej i pisarzy frankofońskich.
– Większość nauczycieli jest lewicowa, ale nie w głowie nam indoktrynacja. Politycy chcieliby mieć na nas większy wpływ, szczególnie na historyków. Ale nawet jeśli zdarzyłby się skrajny prawicowiec lub komunista, to uczniowie podnieśliby larum, a my protestowalibyśmy z nimi. Pamiętam przypadek ucznia, który doprowadził do zwolnienia nauczyciela, bo ten był rasistą – opowiada Fabienne Weil, gimnazjalna nauczycielka francuskiego z ćwierć wieku doświadczenia.
Spory ideowe są w pewnym sensie drugorzędne, bo nauczyciel może czytać z uczniami, co zechce. Ministerialna lista książek to tylko sugestia. Tylko maturzyści mają listę lektur obowiązkowych, na przykład w 2015 r. czytali „Bel Ami” Guy de Maupassanta, „Czerwone i czarne” Stendhala, tragedie Moliera, komedie Corneille’a, poezje Baudelaire’a i Apollinaire’a, a także bajki Perraulta.
A co nauczyciele podsuwają młodszym? – W gimnazjum czytamy zgłębiającego psychologię bohaterów Defoe „Piętaszka” Tourniera, Moliera i jeden romans dworski. Z literatury zagranicznej proponuję „Damę pikową” Puszkina, „Władcę much” Goldinga i „Myszy i ludzi” Steinbecka. Sięgam też do literatury frankofońskiej, np. do poezji Aimé Césaire’a z Martyniki lub Léopolda Senghora z Senegalu.
Od kilku tygodni pracuję z pierwszą klasą nad tematem bohaterstwa. Na początek wybrałam historię świętego Jerzego, który walczy ze smokiem, a skończę na „Władcy pierścieni”. Potem przejdziemy do mitologii, czyli eposu o Gilgameszu, baśni afrykańskich, „Iliady” i „Odysei” oraz fragmentów Biblii i Koranu – opowiada Weil.
Właśnie tak: Biblia to w programie fikcja literacka, tak samo jak mity greckie. Zdarzają się uczniowie, którzy protestują, głównie katolicy albo muzułmanie. – Przypominam im wtedy, że szkoła jest laicka. I mówię, że mogłabym nawet czytać wiersze Jana Pawła II, ale na tej samej zasadzie, co Apollinaire’a, żeby pokazać relatywność i złożoność świata. Ta zasada obowiązuje nas wszystkich: nauczyciel nie mówi w czasie lekcji o swoich przekonaniach. A gdyby ktoś próbował wywierać presję, żeby w szkole czytać takie czy inne lektury, nauczyciele niezależnie od prywatnych poglądów wyszliby na ulice i sparaliżowali miasto.
Anna Pamuła, dziennikarka; mieszka w Paryżu
źródło: http://wyborcza.pl/magazyn/7,124059,21097765,co-czytaja-dzieci-w-szkole-lektury-obowiazkowe-na-swiecie.html
submitted by ben13022 to Polska [link] [comments]


2015.08.19 13:51 4pietrowydrapaczchmu Czy JOW w Polsce do dobry pomysł?

Czym są Jednomandatowe Okręgi Wyborcze? Jak działają? Zwykłemu Polakowi trudno odpowiedzieć na to pytanie bo w Polsce zamiast porządnej merytorycznej dyskusji mamy propagandę.
Na JOW składają się w zasadzie tylko 3 punkty: 1. Kraj zostaje podzielony na tyle okręgów, ile jest mandatów do obsadzenia przy czym okręgi te dzielone są po równo wg liczby uprawnionych do głosowania. 2. Każda z partii/komitetów wystawia tylko jednego kandydata. 3. W każdym okręgu kandydaci rywalizują o jeden tylko mandat – dostaje go kandydat, który dostanie najwięcej głosów wyborców.
Wszystko inne to dodatki. Dodatkami są np odwołanie polityka, odpowiedzialność majątkowa, brak immunitetu, referenda, limity na reklamę, brak finansowania partii z budżetu. Opcje te można dodać lub odjąć od każdego systemu wyborczego. Również do obecnego.
Zatem co gdyby do obecnego systemu wprowadzić np. zasady: - nie ma rozróżnienia na listy wyborcze i nie ma pozycji na liście (numerów) - zmniejszyć limity podpisów do zebrania, pozycji na liście do wypełnienia - znieść ustawę kwotowo-parytetową (która to naprawdę bardzo daje sie we znaki małym partiom) - osoba startująca z danego okręgu musi od dłuższego czasu w nim mieszkać (by znać potrzeby lokalnej ludności i problemy które trzeba rozwiązać) - możliwość odwołania polityka, odpowiedzialność majątkowa, brak immunitetu - politycy nie mogą zmieniać partii w trakcie kadencji - obligatoryjne i wiążące referenda - kategoryczna równość w mediach (gazetach, radiu i telewizji) - tyle samo reklam i czasu antenowego (bez promocji w mediach i pieniędzy na nią nawet w JOWach jest bardzo ciężko sie przebić)
Co wtedy? Czy obecny system nadal byłby taki zły i trzeba by wprowadzać JOWy?
Także potrzebna jest prawdziwa debata. Wg mnie najpierw trzeba ustalić punkt po punkcie wady obecnego systemu i zastanowić sie nad nimi. Co da sie zmienić i w jaki sposób a co nie. Potem zebrać wszystkie ciekawe ordynacje wyborcze i również ustalić ich wady oraz zalety. Dopiero wtedy będzie widać co dla nas jest najlepsze. Nie podoba mi się wciskanie na siłę jednego systemu jeśli nie znamy innych ciekawych. Tym bardziej w taki nachalny sposób w jaki to robią zwolennicy JOW w stylu angielskim.
Poza tym dwa najważniejsze (moim zdaniem) pytania dotyczące JOW: 1. Podobno JOW odrzuca skrajności i często wygrywają "ludzie środka". Zatem kandydat który proponuje konkretne zmiany np. reformę KRUS, emerytalną czy ograniczenie liczby urzędników nie ma szans bo zostanie przez te środowiska zablokowany (osoby z tych środowisk bedą głosować na oponenta tak jak dziś głosują za PO i PIS). Więc skoro w JOW wygrywają kandydaci populistyczni to jak Polska ma sie z nimi zmienić? 2. Wszyscy wiemy że Polska potrzebuje głębokich zmian. Tego nie zapełnia nam obecnie rządzący. Zatem czy w JOW małe partie/politycy niezrzeszeni summa summarum będą miały łatwiejszą czy trudniejszą drogę do objęcia władzy? Osobiście wydaje mi sie że znacznie trudniejszą. Nawet jeśli zmniejszy im sie obszar oddziaływania kampanii do małego okręgu.
Na podstawie argumentów zwolenników JOW:
- Obecnie obywatele nie mogą startować w wyborach (lub mają to znacznie utrudnione). To kłamstwo. Jest mnóstwo małych partii z postulatami których kandydat może się zgadzać a one chętnie go przyjmą bo muszą zapełnić listy wyborcze. Obecnie małym partiom jest tak ciężko że dają nawet ogłoszenia do gazet lub robią to z łapanki. Mają nap[rawdę olbrzymie problemy z zebraniem odpowiedniej ilości chętnych. Wcale nie jest tak wiele osób które faktycznie palą się do startowania. Nie jest im łatwo bo muszą zebrać aż 920 osób. Szczególnie kobiet (parytety są olbrzymim utrudnieniem dla małych partii). Znalezienie kobiety chcącej startować to skarb. A to wszystko w ramach tylko jednaj partii! Demokracja Bezpośrednia dla przykładu ma bardzo duże kłopoty aby zebrać odpowiednia grupę swoich przedstawicieli do jesiennych wyborów. A to przecież partia z którą prawie każdy może się utożsamiać. Poza tym często tworzą się listy bezpartyjnych. Poza tym w JOW byłby taki kandydat skazany na siebie a w partii, organizacji, zrzeszeniu czy innym tworze może liczyć na pomoc.
- Będzie mógł startować każdy obywatel... po wpłaceniu zaliczki (w propozycji Ruchu JOW jest to 10 podpisów + kaucja na poziomie pensji minimalnej zwrotna po wyborach jeśli przekroczy bodaj 2%) Już teraz może. Naprawdę trzeba „mieć zły dzień” by wierzyć że ktoś kto nie jest w stanie zebrać powiedzmy 5000 podpisów po zebraniu 10 nagle wystartuje w wyborach i zbierze tyle głosów by je wygrać (czyli 30 do 50% głosów z okręgu). Z czego? Bez środków na kampanie i bez wsparcia mediów. Dodam więcej. Ta kaucja zabierze mu cześć pieniędzy które mogły by mu się w tym czasie przydać. Uszczupli jego budżet na ten ważny w końcu czas.
-Ok Ale skoro może startować każdy zebrawszy tylko 10 głosów od rodziny to Kandydatów również może być wielu. I tu jest kolejny słaby punkt zwolenników JOW którzy twierdzą że ograniczają one ilość kandydatów i dzięki temu ta garstka jest wtedy bardziej znana. Przytłaczająca większość osób nie wie absolutnie nic o kandydacie na którego POSZLI ZAGŁOSOWAĆ! Większość osób głosuje na tego kogo zobaczy na plakatach, kto jest najbardziej rozpoznawalny, z ... właściwej partii i kompletnie nie czytają jego „CV” lecz polegają na tym kto coś tam im szepnie lub na tym co powiedzą w TV. Ale załóżmy że jakiś miejscowy Polityk wejdzie do sejmu. Co on tam jeden samiutki orzeszek zdziała? Chyba tyle co Korwin w europarlamencie – tyle jego że sobie przemówi z ambony. W innych krajach które wprowadziły JOW na początku faktycznie chętnych mogło być więcej jednak juz po pierwszych wyborach zapał ludzi się studził.
Także 1 postulat koronny jest co najmniej śmieszny bo co po tym zwykłemu obywatelowi? Zwykły obywatel nie będzie chciał startować a ten który chce już teraz ma sporo możliwości.
Im więcej antysystemowców tym większe rozproszenie głosów elektoratu na wiele podmiotów i mniej szans że uda im się wejść do rządu w obecnej postaci wyborów (czyli przy 5% poparcia) a co dopiero przy JOW Angielskim (w Australijskim trochę łatwiej). Przypominam że właśnie dlatego ostatnimi czasy podziemnaTV promowała połączenie sie wszystkich partii Antysystemowych w jedną i start z jednej listy do wyborów prezydenckich i parlamentarnych. Dlatego za nieporozumienie uważam promocję bezpośredniości i czynnego prawa wyborczego. To tylko rozdrobni jeszcze poparcie dla tych partii. Ci co głosują na PIS czy PO nadal będą a nie głosować natomiast poparcie dla mniejszych partii będzie jeszcze bardziej podzielone dla szkody na rzecz Polski i zmian jej potrzebnych.
Ok Ale powiedzmy że do sejmu jakimś cudem dostała sie spora grupa bezpartyjnych (np 20% składu). Nie było by łatwo stworzyć rząd który przetrwa kadencje. Ile lodów trzeba by ukręcić dla bezpartyjnych aby ci zgadzali się na nasze postulaty? Łapówka za łapówką. Rząd byłby niestabilny więc Polska była by politycznie niestabilna a mediach było by jeszcze mniej prawdziwych informacji a więcej tematów zastępczych i afer (jak to się nie mogą dogadać). Opozycji będzie jeszcze łatwiej kopać dołki i osłabiać w ten sposób Polskę. Wystarczy przypomnieć sobie czasy rządów PIS, Samoobrony i LPR z 2016 roku. W Anglii czy Australii może działa to dobrze jednak trzeba pamiętać że oni mają inna klasę polityczną i inne wpływy a Polska to poligon dla Niemiec, Rosji i USA i że tak naprawdę komuna sie u nas trzyma bardzo dobrze. To co w innych państwach działa dobrze na naszym podwórku może działać fatalnie.
Jednak oczywiście takiego rozdrobnienia nie będzie gdyż JOW doprowadza do dwupartyjności. Zresztą sam Kukiz przyznał że JOW prowadzą do systemu dwupartyjnego: https://www.youtube.com/watch?v=2NteZIQPDsk&feature=youtu.be&t=840 (ps. Zobaczcie jak Kukiz zgrabnie zmienił temat i z rozmowy na argumenty przeskoczył na gatkę o dzieciach i dobra kraju) Zresztą nie tylko on. To samo przyznają Korwin i Kaczyński. Zastanawiam się gdzie w tym są zmiany których tak w Polsce potrzebujemy. To zabetonowanie sceny politycznej. Doprowadzenie do systemu dwupartyjnego czyli https://pl.wikipedia.org/wiki/Prawo_Duvergera Bo co z tego że każdy będzie mógł startować jeśli bez zaplecza, bez pomocy, bez finansów i bez dostępu do mediów nie będzie miał szans na wygranie w swoim (niby małym) okręgu? Wygra tylko celebryta taki jak Kukiz lub jakiś lokalny "baron" bo nikt nie będzie chciał głosować na kandydata nieznanego którego widzi pierwszy raz na oczy.
- Aktualnie ¾ wszystkich osób zasiadających w sejmie pochodzi z 2 pierwszych miejsc z list wyborczych. Dzięki JOWom te wszystkie partyjne aparatczyki zostaną wymiecione. Ok A kto obecnie zabrania głosowania na niższe miejsca? Nawet w tym systemie wygrywa ten kto dostaje najwięcej głosów z listy. Równie dobrze może być z miejsca 10. Ale ludzie głosują i będą głosować na znane twarze. Chyba ze wreszcie się zreflektują ale do tego wcale nie trzeba zmieniać ordynacji lecz edukować ludzi. Przypominam. To od nas zależy kto wchodzi do sejmu. Wcale nie musimy głosować na klakierów politycznych z 1 czy 2 miejsc ale to robimy. Jeśli teraz to robimy to dokładnie to samo będzie przy JOW tyle że wybór klakierów będzie mniejszy. Przecież przy JOW będzie dwubiegunowość i kandydat na którego mamy głosować i tak będzie wybierany przez partie a duże partie i tak wygrają. Mali nie będą mieli szans. Niektórzy twierdzą że oddanie głosu na mła partię jest głosem straconym. Jeśli teraz jest to co dopiero mówić o JOWach.
- Posłowie będą zależni od nas a nie od szefów partii. To bujda. Jeśli polityk nie wywiązuje się ze swoich obowiązków to w Anglii podobno następnym razem nie jest wybierany. A jak jest teraz w PL? Jeśli ludzie są mu przeciwni to partia wystawia innego kandydata. I dokładnie to samo dzieje się w Anglii, Kanadzie czy USA i partie się nie zmieniają. Potrzeba by w Polsce duzo czasu aby jedna z tych 2 partii została zamieniona przez inną. Tym bardziej że JOWy bardzo mocno promują duże partie z wielkimi funduszami.
Jednak w JOW partia faktycznie musi dbać o kraj i postulaty społeczeństwa - i nawet jeżeli zostają dwie przeciwstawne partie - to one muszą prezentować program zgodny z jak największą częścią społeczeństwa i działać na jego rzecz - inaczej zaczynają tracić poparcie na rzecz konkurenta. Jednak czy chcemy mieć u siebie system dwupartyjny jak w USA? Oczywiście nas i USA nie powinniśmy porównywać gdyz są to zupełnie inne podłoża polityczne i historyczne i jak wspomniałem w każdym kraju JOW mogą mieć inny bieg jednak wiecie że w USA oprócz partii Demokratycznej i Republikańskiej istnieją tez inne? Jakoś trudno im sie przebić nieprawdaż? W Polsce mogło by sie zdarzyć rzecz podobna i duże partie (lub partia) mogły by panować naprawdę długo (wspomniany efekt głosowania na lepsze zło które ma większe szanse pokonać to gorsze zło zamiast na inne lepsze rozwiązania). Już teraz tak mamy a wyobraźmy sobie że małym partiom w JOW jeszcze trudniej się przebić. Nie mogą nawet wykorzystać efektu stopniowego zwiększenia popularności bo jest mniej widoczna niz teraz. Przykładowo jeśli teraz partia w jednych wyborach zdobędzie 2% drugich 4 potem 5 dalej 7 to w sondażach widać wzrost i ludzie zastanawiają sie nad zagłosowaniem jako realnej alternatywie (skorzystał na tym Kukiz) natomiast w JOW jest to mniej widoczne bo i tak do wygrania w okręgu sporo brakuje więc trudniej sie przebić.
*- W systemie proporcjonalnym większość posłów wchodzi na plecach lokomotyw. * W systemie większościowym też większość wchodzi na plecach lokomotyw bo zostają wybrani tylko dlatego, że reprezentują daną partię (która jest utożsamiana z liderem). Mali, niezależni kandydaci nie mają szans konkurować z dużymi partiami.
- JOW przenosi nacisk z lojalności wobec centrów partii na lojalnością wobec lokalnego okręgu , a partyjni wodzowie tracą podstawowy mechanizm czynienia wybrańców narodu uległymi ("uważaj, bo nie znajdziesz się na listach"). Nawet jeżeli JOW doprowadziłyby do powstania systemu dwupartyjnego, to byłyby to już inne, mniej wodzowskie partie niż obecnie." Tylko ze nikt nie wie jak to będzie wyglądało w Polsce a gdy już wprowadzimy te JOW i okażą sie klapą dla obywateli to już tak łatwo nie cofniemy tej ordynacji.
Jeśli zarządowi partii nie podobały by się działania polityka i próbowali by go usunąć lub zastraszyć mógłby powiedzieć im: „a całuj mnie tu i tam. Ja mam za sobą swój okręg wyborczy, to mnie tam wybrali”. Taki polityk musi wiedzieć że część jego elektoratu (zapewne bardzo duża część) głosowała na niego tylko dlatego gdyż wywodził sie z danej partii. Zresztą odwrotnie tez bywa lecz rzadziej. Pewnie zdarzy sie czasem że jakiś polityk zasłuży na swoje zaufanie i wyborcy pójdą za nim gdy ten wyjdzie z partii jednak zwolennicy JOW twierdzą że będzie tak zawsze i wszędzie oraz że pójdą za nim wszyscy (a przynajmniej to właśnie sugerują). Mogą oni oczywiście dawać przypadki pojedynczych polityków jak np. Churchill jednak to będą przypadki specjalnie wyselekcjonowane tylko po to by potwierdzić swoją tezę. Sugerował bym raczej zebranie wszystkich tego typu wydarzeń i wyciągnięcie konkretnych wniosków.
oraz… „Każdy człowiek ma inne poglądy polityczne. Partie to organizacje zrzeszające ludzi o podobnych poglądach (w teorii). Jest to pewien sposób kategoryzowania ludzi względem wartości jakie wyznają. W sytuacji gdy głosujesz na konkretnego człowieka jest trudniej. Raz, że musisz poznać jego poglądy a dwa, że w Twoim okręgu może nie być nikogo, kto by miał taki sam pomysł na państwo co Ty. Jeszcze jest inna opcja - ktoś taki może być, ale z racji tego, że głosi niepopularne hasła (np. koniec z zasiłkami) to zagłosuje na niego niewiele osób. Jeżeli będzie ich mniej niż 50% to głosy na tę osobę są zmarnowane. W rezultacie w sejmie będą zasiadali posłowie a ich poglądy nie będą odzwierciedlały poglądów społeczeństwa.”
Bardzo możliwe jest że nasz kraj podzieli się na okręgi PiSowskie, POwskie, oraz kilka okręgów przechodnich. Dokładnie to dzieje się w US czy UK. Istnieje tam dość duża liczba okręgów w których nie opłaca się nic robić bo i tak wygra dana partia. Bo w JOWach jest wszystko albo nic, nie ma znaczenia czy jako drugi miałeś 30%, czy 5%. I tak masz 0% bo byłeś drugi. To jeszcze bardziej zniechęci ludzi do polityki. "Teraz każdy głos się liczy - jeśli chociaż trochę więcej wyborców PiS pójdzie w Szczecinie zagłosować to mogą wywalczyć dodatkowy mandat. W JOWach nie mieliby szansy na nic więc jaki byłby sens ich wychodzenia z domu? PO tam nie przebiją ale w obecnym systemie mogą chociaż powalczyć o inne proporcje. W systemie proporcjonalnym każdy głos się liczy. Ma znaczenie to czy PO wygra mając 90% czy 60% czy 30%. W JOWach nie ma to absolutnie żadnego znaczenia więc jeśli jakiś okręg jest "safe" dla danej partii to jej przeciwnicy nie mają powodu, żeby w dniu wyborów ruszyć się z domu"
- Gdy dana partia wygrywa i rządzi samodzielnie (bez koalicjanta) to wszystkie niepowodzenia spadają na jej barki. Nie może się zasłonić brakiem zgody koalicjanta. To dobrze ale w ciągu ostatnich kilku lat mieliśmy bardzo dużo afer które Tusk jako szef rządu brał na klatę a PO? PO nadal ma spore poparcie. Tu chyba więc sprawdza się zasada że co dobre gdzie indziej wcale nie musi być dobre u nas. Mamy inne warunki, inna kulturę społeczną i innych wyborców i długo się jeszcze to nie zmieni.
- wyborcy na drugi dzień po wyborach wiedzą jak wygląda rząd który może normalnie pracować. Teraz po wyborach trwają targi z koalicjantem a w JOW targi trwają przed wyborami (juz wspominałem). To dobrze bo głosujący przynajmniej wie co dane partie ustaliły. Tylko czy po wyborach bedzie to przestrzegane? Mieszkamy przecież w Polsce a nie Anglii.
- W Polsce istnieją powiaty które nie mają w sejmie swojego posła natomiast taka Warszawa ma ich dużo za dużo. To okręgi JOW nie dzieli się czasem wg liczby mieszkańców? "Kraków będzie podzielony na 10 okręgów, Warszawa na 20 ale posłów i tak będą z tych miast dużo. Za to okręgi na prowincji to będą całe powiaty albo nawet ich grupy (najmniejsze powiaty mają po 20 tys. ludności). Czyli podział na JOWy kompletnie nie będzie odpowiadał realnym podziałom społeczno-geograficzym. A zwycięzca może być tylko jeden. Wielomandatowe duże okręgi są w stanie jakoś-tam oddać zróżnicowanie (także terytorialne) poglądów ich mieszkańców. Jednomandatowy okrąg złożony z kilku powiatów będzie trwale wykluczał niektóre z nich.
Poza tym symptomatyczne jest, że piewcy JOWów tak bardzo skupiają się na procedurze wyboru kandydata, że zapominają o prostym fakcie: wyborcy zależy na tym, by mieć możliwie realny wpływ na władzę. A ten realizuje się nie przez wybór posła ale przez to co ów poseł może zdziałać w sejmie. A w sejmie działają partie (ew. ich frakcje), a nie jednostki. Cóż z tego, że wybiorę sobie wybitnego posła, skoro w realnym działaniu nic nie będzie znaczył?
W sytuacji JOW wyborcy mogli by od takiego swojego posła czegoś oczekiwać a teraz nie mogą. Innymi słowy poseł mógłby przekupywać ludzi np. wybudowaniem drogi co dzieje się w Anglii czy USA i wcale nie jest takie złe bo co prawda ludzie dostają ochłapy za głos ale przynajmniej coś dostają dla swojego okręgu a obecnie nie mogą żądać niczego. To trzeba zmienić.
Tylko czy w sytuacji w której trzeba uzdrowić Polskę (prawo, gospodarkę, szkolnictwo i wiele innych rzeczy na poziomie kraju) warto jest się rozmieniać na drobne dostając coś w swoim okręgu podczas gdy w Polsce będzie działo się źle?
Poza tym.. Czy dobrym jest gdy partia która posiada kilkanaście % poparcia w Polsce jednak nie skupione w kilku okręgach lecz rozproszone po całym kraju nie dostaje się do sejmu? Bo taka sytuacja może się zdarzyć. W zasadzie zdarza się w Anglii. Dlatego duża część obywateli Wielkiej Brytanii jest przeciwna JOW. Czemu? Np. w ostatnich wyborach UKIP zebrał 13% głosów społeczeństwa (4mln głosów) i zamiast 80 mandatów (gdyby mieli nasz system proporcjonalny) zdobył 1 (tak jeden) mandat do izby gmin. To jest ta sprawiedliwość? Czy posiadanie własnego posła ze swojego okręgu jest bardziej sprawiedliwe niż anulowanie głosu kilkunastu procent społeczeństwa? A mówię tu tylko o jednej partii.
Dodatkowo ważną kwestią jest co wyborcze dostosowanie granic okręgów co w Polsce na pewno doprowadzi do wielkich sporów lub Gerrymanderingu. Nie będę sie tu rozpisywał i odeśle do filmiku z YT który opisuje tą wadę JOW (można włączyć polskie napisy): https://www.youtube.com/watch?v=YcUDBgYodIE Obrazek po polsku: http://i.imgur.com/av0xL3f.jpg
Podsumowując: "Wszystkie systemy wyborcze mają swoje wady, dziwactwa i anomalie. JOW-y są fajne ze względu na prostotę i mocny związek wyborcy z wybieranym ale tylko na pierwszy rzut oka. Gdy przyjrzeć się bliżej to już nie jest tak różowo. Rozproszone geograficznie głosy są nadreprezentowane. Lokalnie mocne ugrupowania są nad reprezentowane. Głosy lokalnych mniejszości są tracone. System jest też wrażliwy na manipulowanie granicami okręgów. Z praktyki (USA czy Anglia) widać, że preferowany jest duopol dużych partii.”
Na koniec link do najlepszej moim zdaniem strony tłumaczącej JOW (inne to sama propaganda) http://stv.org.pl/o-systemach-wyborczych/systemy-wiekszosciowe-jow/ A czemu jestem przeciwny STV i innym tego typu odmianom jak np. ordynacja ocenowa? https://pl.wikipedia.org/wiki/Ordynacja_ocenowa STV to bardzo dobra ordynacja jednak stwarza ogromne miejsce na machinacje wyborcze. PKW nie potrafi policzyć głosów z jednej tury a policzy z kilku na raz? Ufamy że PKW dobrze policzy głosy? Ja nie. To są za bardzo skomplikowane ordynacje by u nas je wprowadzić.
submitted by 4pietrowydrapaczchmu to Polska [link] [comments]


THERMI VA CONSENSUS MED - medycyna estetyczna miejsc intymnych Zobacz Jak Media Tobą Manipulują - (anty)reklama Gillette i Kobiety WIECZÓR KABARETOWY DZIEŃ KOBIET 2020 Golenie Miejsc Intymnych - Krem do Depilacji fitappy2 - YouTube Jak Zdobyć Kobietę? Czy Bycie Niedostępnym Działa? Najlepsze książki dla kobiet // Projekt 'Najlepsza do...' Trudny czas dla bezdomnych

Rusza kampania społeczna z myślą o ... - porady dla kobiet

  1. THERMI VA CONSENSUS MED - medycyna estetyczna miejsc intymnych
  2. Zobacz Jak Media Tobą Manipulują - (anty)reklama Gillette i Kobiety
  3. WIECZÓR KABARETOWY DZIEŃ KOBIET 2020
  4. Golenie Miejsc Intymnych - Krem do Depilacji
  5. fitappy2 - YouTube
  6. Jak Zdobyć Kobietę? Czy Bycie Niedostępnym Działa?
  7. Najlepsze książki dla kobiet // Projekt 'Najlepsza do...'
  8. Trudny czas dla bezdomnych
  9. Miejsca parkingowe dla kobiet?! [Pyra w Korei]

Poznaj nowe podejście medycyny estetycznej do miejsc intymnych. Zabieg THERMIva przeznaczony jest dla kobiet w każdym wieku, szczególnie po porodach naturalnych, po menopauzie, z problemem ... Reportaż z Wieczoru Kabaretowego z okazji Gminnego Dnia Kobiet. Na scenie wystąpił kabaret Kuńda z Luzina i kabaret Pod Wyrwigroszem. Caritas przygotowała też w tej placówce 7 miejsc noclegowych dla kobiet. Obecnie przebywa tam 6 osób. Category News & Politics; Show more Show less. Czy to prawda, że w Korei są specjalne miejsca parkingowe dla kobiet? O tym, i o innych miejscach przeznaczonych dla kobiet w Korei opowiem w dzisiejszym filmiku! Linki do miejsc, na których ... Projekt “Najlepsza do 30” jest moim osobistym projektem rozwojowym, który realizuję od ponad roku. W moje 27 urodziny stwierdziłam, że zanim przekroczę magiczny próg 30-stki, zadbam o to ... Trening na Plecy, Ramiona i Klatkę Piersiową z Hantlami 💪 Cwiczenia w domu- tez dla kobiet- 15 min - Duration: 13 minutes, 55 seconds. 989 views 2 months ago Mała część kobiet jest zadowolona z naturalnego looku w okolicach intymnych jednak większość z nich nie akceptuje tego faktu. ... golenie miejsc intymnych ... krem do depilacji dla ... Z pewnością słyszałeś o tym nie raz - aby zwiększyć zainteresowanie dziewczyny swoją osobą, musisz być dla niej bardziej niedostępny. Jednak czy aby na pewno kobiety zaczną się za ... Jaki wpływ mają media na przekonania facetów względem kobiet? W dzisiejszym nagraniu analizuję scenę z kontrowersyjnej (anty)reklamy Gillette. Źródło do pełnej reklamy: https://www ...